Open login
A to feler rzekł se seler
Wpisany przez Szkapa    piątek, 29 stycznia 2010 00:17    PDF Drukuj Email

A to feler rzekł se selerJest kilka rzeczy nienamacalnych, których nie możemy zobaczyć ani dotknąć, ale możemy boleśnie odczuć ich skutki. Oprócz rozmaitych chorób nawiedzających rodzaj ludzki są to wszelkiego rodzaju zbiegi okoliczności, czy jak kto woli z góry zaplanowane przez nie wiadomo kogo zdarzenia losu. Zdarzenia te mogą przybierać rozmaite formy. Raz wpływające dodatnio na nasz nastrój, innym razem przyprawiające nas o bóle głowy, mdłości, czy palpitacje serca. Jako, że te pierwsze są zupełnie nie ciekawe z racji kreowanych przez siebie pozytywnych emocji, skupimy się na tych drugich.


Pech, niefart, czy jak mówią dziadki i inne babcie feler. Słowa te brzmią może całkiem różnie, ale mówią o tym samym. O zdarzeniach, których wolelibyśmy uniknąć, o sytuacjach, które spadają na nas niewiadomo skąd, a już na pewno nie wiadomo poco. Na pewno każdy miał w swoim życiu sytuacje pechowe. Jednak, co jeśli zdarzenia te przybrały formę reakcji łańcuchowej, powodując lawinę nieszczęść. Wiadomo, zawsze może nam coś nie wyjść, ale czasami zdarzają się dni, o których wolelibyśmy zapomnieć. Pasmo nieszczęść zaczyna się od samego rana, a o ile dobrze pójdzie, kończy z zachodem słońca.

Dzień z pozoru zaczyna się jak każdy inny. Wystarczy jednak, aby w porannym wyścigu do podłogi noga lewa wyprzedziła prawą i już jest porobione. Niczego nie świadomi wstajemy, jeśli mamy ochotę myjemy zęby, lub uszy. Przy goleniu czeka na nas oczywiście miła niespodzianka, pianka do golenia zakończyła swój żywot. Tym samym jesteśmy zmuszeni do użycia metody antycznej i mydlimy naszą twarz za pomocą mydła. Rozpoczynamy proces golenia, idzie może nieco opornie, ale idzie. Myślimy, że to już koniec, ale nie! Pojawia się pierwsze zacięcie i na pewno na nim się nie skończy.

Wreszcie wychodzimy z domu, chcemy uniknąć zagrożenia w kuchni i postanawiamy wypić poranną kawę na mieście. Trasę znamy na pamięć, wiemy, że parę ulic dalej za zakrętem czeka na nas mała czarna, może nawet z mlekiem. Jak gdyby nigdy nic przechodzimy kolejne przecznice, już mamy zamiar wejść i zamówić upragnioną kawę, kiedy pojawia się kolejna przeszkoda. Ktoś wpadł na genialny pomysł i postanowił z samego rana zreperować szyld zamieszczony nad wejściem. Nie było by w tym nic szkodliwego, gdyby nie fakt, że postanowił zrobić to z drabiny rozstawionej na chodniku. Jako, że zajęci jesteśmy doprowadzaniem się do stanu używalności umysłowej i skupiamy się na tym żeby iść, nie dostrzegamy w drabinie niczego szczególnego i przechodzimy pod nią. Tu pojawia się psikus, próg stawia nam na tyle silny i zdecydowany opór, że lądujemy twarzą w drzwiach. Na szczęście drewnianych, więc wielkiej tragedii niema, bo chyba lepiej mieć siniaka niż twarz poćwiartowaną przez kawałki szyby.

No nic, zdarza się. Kawa też może być za gorąca i można się nią poparzyć, rzecz oczywista. Jednak świeża drożdżówka nie powinna być spleśniała, a toaleta mogłaby być wolna. Kiedy już zwrócimy wszystko, co pochłonęliśmy na kawiarniany kontuar, wracamy do domu. W końcu wszędzie dobrze, ale w domu jednak najlepiej. Po drodze mógłby potrącić nas samochód, mógłby też spaść na głowę sopel, istnieje też możliwość, że bezpański pies ugryzie nas w nogę i wylądujemy w szpitalu z jakąś gangreną. To wszystko możliwe, ale nasza przygoda ma wersje lajt, więc do domu docieramy cało, jednak w skrzynce na listy czeka na nas niespodzianka.

Przypomniał sobie o nas zakład ubezpieczeń społecznych i musimy zwrócić mu należne składki. Wątek finansowy niczym z gry monopol ciągnie się dalej. Przy drzwiach spotykamy miłego pana z listem w ręce. Człowiek okazuje się być komornikiem, który przyszedł odebrać nam komputer, w końcu mandaty niewystawiane są od tak i kiedyś trzeba za nie zapłacić.

Przybici siadamy w fotelu. Skoro w życiu nam nie idzie to przynajmniej popatrzmy na lepszy świat w telewizji, nic prostszego pod warunkiem, że telewizor działa. W takiej sytuacji nie wiadomo czy iść spać i poczekać, aż dzień się skończy, czy próbować coś zrobić ze swoim życiem. My jednak nie łamiemy się. Skoro nie możemy zobaczyć, co dzieje się w telewizji wychodzimy do kina. W końcu poranne seanse są tańsze, a w naszej sytuacji nawet najmniejszy pozytyw może być zbawienny.

W kinie o tej porze dnia nie zastajemy tłumów, co nas cieszy. Wydaje się, że wszystko jest w porządku. Siadamy w fotelu, z którymś z kinowych specjałów w ręku, film się zaczyna Aż tu nagle! Nie wiadomo skąd pojawia się ona. Smukła, nieco koścista, można powiedzieć rachityczna, dłoń!  Zbliża się, po czym ląduje prosto na naszej twarzy, co przysparza nam masę bólu. Właścicielką dłoni okazuje się być nasza była sympatia. Dziewczyna przypominająca raczej linijkę, niż kulkę, ale obdarzona nadludzką siłą. Po ataku fizycznym przychodzi czas na atak słowny. Film może był fajny, ale nie nam to wiedzieć. Przez sto trzydzieści minut słuchamy rzeczy mniej, lub bardziej pozbawionych sensu. Słowa wykrzykiwane z siłą i natężeniem karabinu szybko strzelnego uderzają w nas i kaleczą skołatane uszy. W końcu udaje nam się uciec.

Tą historie można by ciągnąć w nieskończoność, bo przecież zawsze może być gorzej. Dlatego chcemy jak najszybciej zakończyć dzisiejszy dzień. Wracamy do domu i zapadamy w błogi niczym niezmącony sen, bo przecież jutro musi być lepiej.

Dzień z życia fatalnego Jurka zakańczam znienacka i pośpiesznie. Po co pisać więcej skoro każdy uzmysłowił już sobie, o czym rzecz. Pech jest zjawiskiem normalnym i nieuniknionym. Niewiadomo czy przychodzi z nikąd, czy zsyła go sam Bóg. Każdy z nas spotyka go na swojej drodze i próbuje stawić mu czoła. W stawianiu się życzę powodzenia i sukcesów, a pecha nie życzę w ogóle.

 

Szkapa

Komentarze (0)

Zapisz sie do RRS feed tego komentarza

Napisz Komentarz

smaller | bigger

busy
Poprawiony ( piątek, 29 stycznia 2010 00:19 )